
Czy szkolenie piłkarskie w województwie lubuskim to walka z wiatrakami, czy przemyślana strategia rozwoju? W cieniu wielkich akademii z Dolnego Śląska i Wielkopolski, Lechia Zielona Góra buduje swoją tożsamość na własnych zasadach. W szczerej rozmowie z Michałem Grzelczykiem, koordynatorem Akademii, zaglądamy za kulisy funkcjonowania klubu, który nie boi się trudnych porównań.
Dlaczego utrzymanie drużyn w Centralnej Lidze Juniorów (CLJ) przypomina „jazdę BMW w leasingu”? Czy Lechia jest piłkarską twierdzą, czy raczej „trampoliną z atestem” dla utalentowanej młodzieży? I wreszcie – jak radzić sobie z presją rodziców i „KOR-em” na trybunach?
Ten wywiad to obowiązkowa lektura nie tylko dla kibiców z Zielonej Góry, ale dla każdego rodzica i trenera, który chce zrozumieć, jak wygląda profesjonalna ścieżka rozwoju młodego piłkarza w zderzeniu z realiami III ligi i budżetowymi wyzwaniami. Michał Grzelczyk nie gryzie się w język – sprawdźcie, dlaczego woli być solidnym przystankiem niż złotą klatką.
Robert: Ziemia niczyja czy twierdza? Województwo lubuskie to specyficzny region na mapie piłkarskiej Polski. Jesteście tu niekwestionowanym liderem, ale za miedzą macie potężne akademie z Dolnego Śląska i Wielkopolski, które chętnie penetrują Wasz teren. Jaka jest Pana strategia na „drenaż talentów”: budować „twierdzę Zielona Góra” i zatrzymywać chłopaków za wszelką cenę, czy pogodzić się z rolą trampoliny i pomagać im w transferach do Ekstraklasowych akademii w odpowiednim momencie?
Michał Grzelczyk: Lubuskie nie jest ziemią niczyją. To jest teren trudny, ale ciekawy, mam nawet wrażenie, że czasami nieodkryty do końca, patrząc z perspektywy małych miejscowości i ukrytych tam lokalnych talentów, które przypadkowo wypływają w drodze na grzyby czy na letni wypoczynek nad jeziorem. Często stajemy w Klubie przed wyborem: albo udajemy, że kontrolujemy wszystko i budujemy twierdzę z wielką i trudną do sforsowania fosą, albo przyjmujemy do wiadomości, że gramy i funkcjonujemy w większej układance. Wrocław, Legnica, Lubin czy Szczecin i Poznań to nie są „mocne akademie”. To są piłkarskie imperia z budżetami, przy których my z Naszą Akademią momentami wyglądamy jak budka z hot-dogami obok „McDonald’sa”.
Dlatego nie bawimy się w zamykanie drzwi na klucz. Budujemy porządny przystanek na drodze rozwoju. Taki, w którym chłopak realnie się rozwija, a nie tylko dobrze wygląda w tabeli. Jeśli 16-latek z perspektywą Ekstraklasy słyszy od nas: „zostań, bo jesteś nasz”, to zawsze zadaję sobie pytanie: co my mu tak naprawdę oferujemy? Na razie jest to poziom trzecioligowy, ale projekt realizowany od paru lat, dzisiaj ma efekt w postaci lidera trzeciej ligi po jesieni z dużym apetytem na poziom wreszcie II ligowy.
Transfer ma sens tylko wtedy, gdy zawodnik jest gotowy. Gdy ktoś dzwoni po 14-latka, który dopiero zaczyna łapać rytm CLJ, to mówimy wprost: nie, dziękuję. To nie jest rozwój, to jest kradzież talentu. Trampolina? Tak. Ale sprężysta, bezpieczna i z certyfikatem. Nie zgniła deska, z której spychamy dzieci, bo ktoś macha gotówką.
Robert: CLJ – prestiż czy ciężar? Utrzymanie drużyn w Centralnych Ligach Juniorów to ogromne wyzwanie logistyczne i finansowe dla klubu z Zielonej Góry. Czy z perspektywy koordynator „gra jest warta świeczki”? Czy te dalekie wyjazdy i presja wyniku w CLJ faktycznie przekładają się na lepszy rozwój jednostki niż dominacja w lidze wojewódzkiej, gdzie można by grać młodszym rocznikiem?
Michał Grzelczyk: CLJ to takie BMW w leasingu. Jazda świetna, rozwojowa, wiatr prędkości doskonalenia zawodników popycha z dużą siłą. Ale są też i koszty oraz raty, które czasami mocno bolą. Weźmy zwykły niedzielny wyjazd U17 do Częstochowy. Autokar, osiem godzin, nocleg, bo nie jesteśmy barbarzyńcami, mecz z drużyną, której budżet bywa większy niż cały nasz pion młodzieżowy. Wracamy, w poniedziałek chłopaki w szkole wyglądają jak zombie. I pojawia się pytanie: co z tego mamy?
A potem patrzysz na boisko i widzisz, czy masz diament, czy ładne szkiełko. Liga wojewódzka to komfort. CLJ to test. Tam nie da się schować. Tam grają najlepsi, tam patrzą skauci, tam presja jest prawdziwa. A to dla nas jedna z najlepszych dróg do przygotowania zawodnika z regionu i z Miasta do gry na poziomie seniorskim.
Czy gra jest warta świeczki? Czasem tak, czasem nie. Ale wolę te rachunki i szansę wyciągnięcia jednej, dwóch perełek, niż komfortowe wygrywanie 8:0 i udawanie, że robimy wielką piłkę. Logistycznie to boli czasami mocno. Ale bez bólu nie ma postępu.
Robert: DNA Lechii. Często mówi się o tożsamości klubu. Czy Akademia Lechii ma swój zdefiniowany, unikalny model gry, który jest wdrażany od żaka do juniora starszego? Czy kibic patrzący na mecz U15 bez koszulek poznałby, że to gra Lechia, po samej powtarzalności pewnych zachowań na boisku?
Michał Grzelczyk: Słowo „DNA” zrobiło zawrotną karierę. Każdy je ma, wszyscy przedstawiając swoje struktury piłkarskie mówią i podkreślają swoją własną filozofię klubową, przynajmniej w prezentacji. My nie udajemy, że jesteśmy Ajaxem albo La Masią. Jesteśmy klubem z Zielonej Góry, który próbuje grać mądrą, bardzo często trudną dla naszych zawodników pod względem wymogów taktycznych piłkę w realnych warunkach.
Mamy kierunek: gra od tyłu, odpowiedzialność z piłką, myślenie, nie wybijanie i modlitwy o przetrwanie. Chcemy być agresywni w grze 1×1, kryjemy czasami na całym boisku. To wypracowujemy już od najmłodszych roczników. To są nasze charakterystyczne cechy. Niekiedy słyszymy, że jesteśmy szaleńcami, że nasz „crazy pressing” to coś co zwykłym śmiertelnikom nie mieści się w głowie. A my chcemy mieć zawodników agresywnych w defensywie i umiejących z niej przejść także do ciekawych rozwiązań ofensywnych. Każdy trener Lechii to zna i tylko tacy szkoleniowcy współpracują w Klubie. Czy kibic bez koszulek zawsze rozpozna Lechię? Może. Jeśli jest bardzo uważny i zna się na rzeczy.
Dla mnie ważniejsze jest, żeby zawodnik wiedział, jak zachować się pod presją, jak czytać przestrzeń i jak nie pogubić się mentalnie, niż żeby ktoś powiedział: „o, to styl Lechii”. Styl to luksus. My budujemy fundamenty.
Robert: Czarna dziura między juniorem a seniorem. Najtrudniejszym momentem w każdej akademii jest przejście zawodnika z wieku juniora do piłki seniorskiej. Wasz pierwszy zespół gra w III lidze. Czy uważa Pan to za idealny poligon doświadczalny dla 17-18 latków, czy jednak przeskok fizyczny i mentalny z CLJ do III-ligowej „rąbanki” nadal okazuje się dla wielu Waszych wychowanków zbyt duży? Jak zasypujecie tę dziurę?
Michał Grzelczyk: To jest nasza narodowa trauma. III liga nie jest idealnym środowiskiem dla 18-latka. Ale II liga też nie. Polski futbol seniorski to bezlitosny młyn. Technicznego chłopaka z CLJ potrafi zjeść 35-letni stoper, który nie widział „YouTube’a”, ale widział wszystko w życiu.
Przeskok jest brutalny. W CLJ masz tempo, ale względne bezpieczeństwo. W III lidze masz siłę, spryt i zero sentymentów. Jak zasypujemy tę dziurę? Wcześnie wciągamy juniorów na treningi seniorów, dużo rozmawiamy z pierwszym trenerem, czasem robimy krok w bok, wypożyczenie do IV ligi, zamiast skoku na główkę.
Prawda jest taka, że tej dziury nie da się zasypać w stu procentach. Większość juniorów jej nie przeskoczy. To brutalna selekcja. Ale udawanie, że jest inaczej, byłoby kłamstwem.
Robert: Definicja sukcesu. Co jest dla Michała Grzelczyka ostateczną miarą sukcesu Akademii na koniec sezonu? Czy jest to utrzymanie się w CLJ, liczba wychowanków debiutujących w pierwszym zespole (nawet „na ogony”), czy może konkretna kwota uzyskana z transferu wychowanka do wyższej ligi?
Michał Grzelczyk: To zależy, kogo zapytasz. Prezes powie: utrzymanie w CLJ. Trener seniorów: gotowy junior do grania. Finanse: transfer.
Ja powiem tak: chcemy, żeby za 10 lat w Ekstraklasie albo solidnej I czy II lidze grało kilku chłopaków, którzy powiedzą: „tam nauczyłem się piłki”. Na koniec sezonu sukces to balans między utrzymaniem CLJ, doprowadzeniem minimum dwóch juniorów realnie do orbity funkcjonowania pierwszego zespołu, jednym transferem, który napędzi akademię, a zerem spalonych głów. Bez dramatów w świecie „social mediów” i bez złamanych dzieciaków.
To nie jest może super idealne podejście, ale akademia to nie popularny Instagram, tylko długodystansowy bieg, który traktujemy z należytym szacunkiem rozkładając go na pojedyncze etapy, pokonując je sukcesywnie, pokornie i cierpliwie.
Robert: Profil trenera. Mówi się, że akademia jest tak dobra, jak jej najsłabszy trener. Jakim kluczem dobiera Pan szkoleniowców do Lechii? Czy w dzisiejszych czasach ważniejszy jest „papier” (licencja UEFA) i wiedza taktyczna, czy może kompetencje miękkie – empatia, podejście pedagogiczne i umiejętność dotarcia do głów współczesnej, trudnej młodzieży?
Michał Grzelczyk: Akademia jest tak dobra, jak jej najsłabszy trener. To jest brutalna prawda. Licencja UEFA jest ważna, ale nie decyduje o wartości szkoleniowca. Widziałem trenerów z licencją PRO, którzy potrafili zrobić genialny trening, super analizę, a nie potrafili porozmawiać z 14-latkiem.
Szukamy ludzi, którzy potrafią uczyć, nie tylko wiedzieć. Mają cierpliwość, odporność psychiczną i świadomość, że pracują z dziećmi i młodzieżą, a nie mini-profesjonalistami. Współczesna młodzież nie kupuje krzyku i autorytetu z urzędu. Jeśli ich nie zainteresujesz, przegrywasz, jeśli im nie pokażesz mapy z różnorodnymi skrzyżowaniami, prostymi i jeszcze większą liczbą ostrych zakrętów w drodze do upragnionego etapu seniorskiego, to młody zawodnik szybko zgubi się wybierając łatwy kawałek tej drogi. Niestety zakończony na poziomie klasy okręgowej, otrzymując 800 złotych, super telefon komórkowy i dobry kolorowy passat z oponami z rajdu Le Mans, którym można po meczu z piskiem odjechać na lokalną disco dogrywkę. W akademii staramy się pokazać jak z pasją pokonywać trudności, jak wyrzeczenia i nieco dziurawe dzieciństwo oraz dorastanie, można zamienić na satysfakcję z osiągania małych celów i etapów. Staramy się pokazywać te ścieżki, które piłka nożna zostawia otwarte właśnie wtedy, kiedy przyjdzie czas niepowodzeń i ostatecznych zwątpień. Wówczas sport pokazuje młodym ludziom, iż życie to też rywalizacja, ale umiejętnie podjęta, może zostać zamieniona na bycie w społeczeństwie świetnym nauczycielem, trenerem, sędzią czy lekarzem lub prawnikiem.
Dlatego często wybieramy kompetencje miękkie z solidną wiedzą w tle. Pedagog, który chce się rozwijać, wygrywa z taktycznym geniuszem bez empatii, ale jeśli połączysz obie te umiejętności to wygrywa cała Akademia. I tacy chcemy być.
Robert: Współczesne wyzwania. Futbol młodzieżowy się zmienia. Jak duży nacisk kładziecie obecnie w Zielonej Górze na aspekty „dookoło-piłkarskie”: przygotowanie mentalne, świadomość żywieniową, analizę wideo dla samych zawodników? Czy to u Was standard, czy wciąż raczej dodatek do treningu na boisku?
Michał Grzelczyk: Wszyscy wiemy jak zbudowany jest ten świat. Nowe technologie, młodzież, która chce szybko wskoczyć na szczyt, ale bez wysiłku, a najlepiej rączkami rodziców, żywienie, słaby „mental” to taki standard realiów z jakimi spotykamy się na co dzień. Tutaj chyba nie jesteśmy wyjątkiem. To problemy, z którymi borykają się także i inne akademii takiego pokroju jak my. Edukujemy, rozmawiamy, czasem przychodzi dietetyk, czasem psycholog. A mimo to zawsze znajdzie się ktoś z zespołu, kto jedzie do McDonalda, bo jest tanio i szybko.
Staramy się wprowadzać najlepsze standardy prowadzenia grup szkoleniowych. Analizy treningów, spotkań ligowych, turniejów, rozmowy z rodzicami mamy opanowane całkiem nieźle, nagrywamy mecze, robimy klipy, idziemy z duchem „social mediów” i stron internetowych. Ale nie udajemy przy tym, że jesteśmy Barceloną. Wiemy, że to jest proces. Aspirujemy do standardu, jesteśmy gdzieś pośrodku. Zachód ma to oczywiste. My musimy o to walczyć i przekonywać.
Robert: Relacje z rodzicami. Zarządzanie dużą akademią to w dużej mierze zarządzanie oczekiwaniami rodziców. Jak radzicie sobie z przysłowiowym „KOR-em” (Komitetem Oszalałych Rodziców)? Czy macie sztywne ramy współpracy, które „odcinają pępowinę” na linii boisko-trybuny, pozwalając trenerom na autonomiczną pracę?
Michał Grzelczyk: KOR istnieje wszędzie. Zarządzanie rodzicami to połowa roboty. Każdy rodzic uważa, że jego dziecko powinno grać więcej. Zawsze.
Mamy jasne zasady: komunikacja tak, ale nie po meczu. Edukacja, spotkania, tłumaczenie procesu. I twarde granice. Jeśli ktoś jest toksyczny, potrafimy powiedzieć stop, nawet jeśli boli.
Trener ma autonomię. Rodzic ma prawo wiedzieć „co” i „dlaczego”, ale nie „jak”.
Robert: Szara rzeczywistość. Zielona Góra pięknieje, ale jak wygląda codzienna rzeczywistość infrastrukturalna Akademii, zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym? Czego Panu, jako koordynatorowi, najbardziej brakuje „na wczoraj”, żeby proces szkoleniowy mógł wejść na jeszcze wyższy poziom?
Michał Grzelczyk: Infrastruktura. Zimą to jest walka o przetrwanie. Boiska zamieniają się w lodowiska, brak hali lub jej dzielenie z innymi sekcjami, grafiki tworzone jak zawiłe sudoku.
Na wczoraj brakuje własnej hali treningowej dla najmłodszych, kolejnego dobrej jakości boiska sztucznego. Mamy balon, gdzie większość Naszych zespołów trenuje. Jest jednak jeden i nie jak z prawdziwej gumy, a chętnych w okresie od listopada do marca wielu. Do tego sensowne zaplecze regeneracyjne, siłownia z prawdziwego zdarzenia i nowoczesny internat dla chłopaków spoza miasta. Nie narzekamy dla zasady, widzieliśmy gorsze miejsca. I tak dzięki mocnej i mega zaangażowanej osobie w postaci Prezesa Macieja Murawskiego udało się wiele zyskać. Mamy w okresie letnim boiska naturalne, co jest dużym wsparciem ze strony władz MOSiR Zielona Góra. Mamy dzierżawę obiektu po Uniwersytecie, gdzie właśnie działania Prezesa Murawskiego, doprowadziły do budowy kolejnych boisk dla Akademii wraz z jej budynkiem. Niedługo będziemy mogli pokazać na mapie piłkarskiej Naszą, jak to nazywamy, fioletową (od barw akademii) perełkę szkoleniową, niczym nie odbiegającą od wielkich akademii nas otaczających. Jeśli za tym pójdzie obiecana budowa stadionu seniorskiego i awans I drużyny na szczebel centralny, to wkrótce możemy mówić o dopięciu całego projektu na pułapie dających nam stabilność ekonomiczno – szkoleniową i punkt wyjścia do osiągania coraz to wyższych granic. Nie mówimy „mogło być gorzej”, zamiast tego używamy sformułowania „będzie europejsko, bo już powoli jest”.
Robert: Złota rybka. Gdyby miał Pan magiczną różdżkę i mógł zmienić jedną, jedyną rzecz w polskim systemie szkolenia (przepis PZPN, mentalność środowiska, sposób finansowania), która najbardziej wiąże Panu ręce w codziennej pracy w Zielonej Górze – co by to było i dlaczego?
Michał Grzelczyk: Gdybym mógł zmienić jedną rzecz, zmieniłbym system kształcenia trenerów. Mamy barierę wejścia w postaci licencji, która nie gwarantuje jakości. Papier jest, a kompetencji często brak.
Chciałbym system oparty na praktyce, mentoringu i ciągłym rozwoju. Godziny pod okiem mentora, warsztaty z komunikacji, realna praca z danymi, ocena 360 stopni. Nie test z ustawienia 4-4-2 z 1998 roku. Chciałbym też, aby wprowadzić w system licencyjny, kursy i kształcenie dla ludzi zarządzających akademiami, i nie mówię tutaj o dyrektorach czy trenerach koordynatorach, bardziej poszedł bym grubo i zajrzał do gabinetów Prezesów i ich zastępców z zarządu. Po to, aby mogli zobaczyć jak tworzyć solidne i rozwojowe struktury. Żeby dzięki takim szkoleniom mogli rozumieć co mówią trenerzy, co przekazują analitycy, a co się kryje pod hasłem marketingu sportowego.
Dziś widzę ludzi bez papierka, którzy świetnie pracują z dziećmi, i ludzi z papierkiem, którzy te dzieci gubią. I to mnie wkurza najbardziej. Dodatkowo jak konfrontujesz się z brakiem szacunku, nie wypowiadanym zwykłym „dziękuję” po rundzie czy sezonie, ograniczonym zaufaniem, czy brakiem cierpliwości wśród „znawców” piłkarskich z dziedziny gastronomii, motoryzacji czy branży odzieżowej, piastujących stanowiska w zarządach klubowych, to najbardziej boli, czasami bardziej od uposażenia finansowego. Ale mimo tego wszystkiego… kocham tę robotę. Bo czasem widzę chłopaka, który trzy lata temu był nikim, a dziś robi krok w stronę marzeń. I wtedy wiesz, że warto było marzyć razem z nim.
Dziękuję za rozmowę







