
Ponad 270 zawodników, 400 godzin treningowych miesięcznie i… jedno boisko. Zarządzanie Akademią Piłkarską Gryf Słupsk to wyzwanie, które wymaga nie tylko umiejętności logistycznych, ale przede wszystkim jasnej wizji i „twardej skóry”. W świecie, gdzie wynik często przesłania rozwój jednostki, Wojciech Krasucki, Dyrektor Akademii, stawia na relacje i budowanie unikalnego DNA, choć przyznaje wprost: „Sam jestem trochę betonowy”.
W szczerej rozmowie pytamy o to, czy bycie regionalnym liderem to przywilej, czy ciężar. Poruszamy niewygodne tematy „drenażu talentów” i rywalizacji z mniejszymi ośrodkami, a także sprawdzamy, jak radzić sobie z presją rodziców i lokalnego środowiska. To wywiad nie tylko o szkoleniu młodzieży, ale o odważnych planach – w tym o tym największym: zjednoczeniu piłkarskiego Słupska, który według naszego rozmówcy jest za mały na głębokie podziały. Zapraszamy do lektury.
Poniżej wywiad z Dyrektorem Akademii Gryfa Słupsk, Wojciechem Krasuckim

Robert: Rządzisz największą strukturą w regionie. Czy czujesz, że bycie tym „największym” to ułatwienie (bo lepsi sami do Was lgną, macie lepsze zaplecze), czy jednak większa presja, bo wszyscy patrzą Wam na ręce i każdy Wasz błąd jest wyolbrzymiany?
Wojciech Krasucki: Nie użyłbym takich słów do opisania naszej rzeczywistości. Staram się zarządzać, nie rządzić, nie patrzę na Akademię miarą „największej” struktury, lecz miarą potencjału zawodniczek i zawodników i profesjonalizmu trenerów – a tu zdecydowanie mamy się czym pochwalić. Trudno do nas lgnąć, mamy zaplecze, jakie mamy, ale wspomniane potencjał i profesjonalizm pozwala stale i spokojnie się rozwijać. Nie nakładam presji na trenerów czy zawodników, oni muszą sami ją czuć – presję samorozwoju. Nakładam ją na siebie, choćby po to, żeby uniknąć błędów, o której pytasz. Tak, popełniam je, ale kluczem jest świadomość ich konsekwencji i unikanie w przyszłości. I to robię.
Robert: Przy tak dużej liczbie zawodników w akademii, co jest dla Ciebie największym wyzwaniem logistycznym i zarządczym? Jak dbasz o to, żeby przy tej skali nie stać się „fabryką”, gdzie gubi się jednostka, a liczy się „przemiał”?
Wojciech Krasucki: Próbując zarządczo i logistycznie zrozumieć Akademię, trzeba tę skalę znać: 15 grup treningowych w 10 kategoriach wiekowych chłopców i dziewczynek, udział w 18 rozgrywkach ligowych i turniejowych Pomorskiego ZPN plus udział w niezliczonych turniejach komercyjnych, obozy, szkolenia, konferencje trenerskie. 21 trenerów, którzy pracują 3, czasem 4 dni w tygodniu i w weekendy. Ponad 400 godzin treningowych w każdym miesiącu. Około 270 młodych, pełnych pasji i głodnych rozwoju młodych ludzi. To wszystko na jednym sztucznym boisku dzielonym z innym klubem, co zwłaszcza zimą mocno nam doskwiera. Ale nie traktuję tego jak problemu czy zagrożenia. To raczej szansa i możliwość do szukania rozwiązań – właśnie w kierunku dopilnowania jednostki.
Na bieżąco prowadzimy rozmowy między sobą jako trenerzy, prowadzimy obserwacje treningów i meczów, wykorzystujemy narzędzia systemu Pro Train Up do oceny umiejętności i potencjału zawodników, dokładamy dodatkowych trenerów na treningach – wszystko po to, by nie zgubić wspomnianej jednostki.
Robert: Jako regionalny lider musicie wyznaczać trendy. Jaką innowację – w treningu, mentalu czy organizacji – wprowadziliście ostatnio w Gryfie, z której jesteś szczególnie dumny i która odróżnia Was od mniejszych klubów w okolicy?
Wojciech Krasucki: Nie sztuką jest nazwać się liderem, sztuką jest tak być postrzeganym przez innych. Dziś każda akademia i każda szkółka działa na podobnych, coraz bardziej profesjonalnych zasadach. Oczywiście każda ma swoją specyfikę. Naszą na pewno są liczba zawodników przypadających na trenera podczas zajęć i wydłużony do 120 minut czas trwania treningów na dwóch z trzech jednostek w mikrocyklu. Podobnie jest z tworzeniem bezpiecznego środowiska treningowego, ale poza strefą komfortu, dla rozwoju, dla nieustannego mobilizowania i challengowania wybranych zawodników, którzy swoją postawą mają także ciągnąć w górę pozostałych. Robimy to regularnie, modyfikujemy, moderujemy, oceniamy i wyciągamy wnioski. Myślę, że to jest jakiś zalążek naszego DNA.
Robert: Słupsk leży w specyficznym miejscu – jesteście lokalnym centrum, ale do Trójmiasta czy Szczecina nie jest aż tak daleko. Jak sobie radzicie z „drenażem talentów”? Czy Waszą strategią jest zatrzymywanie najlepszych 14-15 latków za wszelką cenę, czy raczej pomagacie im w transferze wyżej, godząc się z rolą trampoliny?
Wojciech Krasucki: Dzielimy się talentami, zanim ktoś je zacznie drenować. Akademia sama często wychodzi z inicjatywą pokazania chłopcom innej rzeczywistości, jednocześnie nawiązując nowe relacje z klubami w całej Polsce. Zaproszenia z Akademii Pogoni Szczecin, Lecha Poznań, Lechii Gdańsk, Zagłębia Lubin, Rakowa Częstochowa, Escoli Warszawa nie są dziełem przypadku, lecz także pracy wykonywanej w naszej Akademii i oczywiście talentu i zaangażowania samych zawodników i ich rodziców. Działamy dwutorowo – wspieramy naszych zawodników w potencjalnym procesie przejścia do topowych akademii, ale też budujemy ich tożsamość i świadomość możliwości rozwoju u nas. Jeśli udałoby się utworzyć klubowe oddziały mistrzostwa sportowego, byłoby znacznie łatwiej chłopców zatrzymać i samemu powalczyć o najwyższe cele, wciąż pamiętając o rozwoju indywidualnym. Pracuję nad tym od początku mojej obecności w Akademii Gryfa, ale nie jest to łatwe.
Robert: A jak wygląda sytuacja w drugą stronę – czyli skauting w regionie. Czy jako największy gracz czujecie, że mniejsze kluby z okolicznych miejscowości chętnie oddają Wam swoich najlepszych chłopaków, by ci się rozwijali, czy raczej traktują Was jak „złodziei talentów”? Jak budujecie te relacje
Wojciech Krasucki: Znów muszę doprecyzować, przepraszam. Nie patrzę na Akademię jako na największego gracza. Są w naszym regionie kluby dysponujące lepszymi warunkami do treningu. Przez ostatnie półtora roku nikt nie został „ukradziony”, stworzyłem odpowiednie procedury, przekonałem do nich trenerów i Zarząd i to działa. Współpracuję z klubami z regionu i rozmawiam bardzo często i dużo o możliwościach, jakie chcemy zapewnić ich zawodnikom. Nie zawsze daje to efekt, ale podstawą wszystkiego są relacje i to o nie dbam najbardziej. Szacunek i uczciwość muszą iść na pierwszym miejscu. Finalnie i tak rodzic podejmuje decyzję, ale patrząc na efekty, czyli ponad 30 nowych, utalentowanych zawodników w Akademii na przestrzeni kilkunastu miesięcy to więcej, niż przyzwoity wynik, tym bardziej, że każdy transfer został dogadany grą w otwarte karty. W zasadzie cały czas, ma każdym etapie sezonu, testujemy kilkunastu kolejnych. Za zgodą ich macierzystych klubów, z ubezpieczeniem i odpowiednim podejściem. Decydujemy się na pozyskanie zawodnika tylko wtedy, jeśli będziemy w stanie zapewnić mu minuty gry, a nie sam trening.
Robert: Zarządzasz nie tylko piłkarzami, ale przede wszystkim sztabem trenerskim. Co jest trudniejsze: znalezienie trenera z dobrym warsztatem merytorycznym, czy takiego, który ma odpowiednie podejście pedagogiczne i „czuje” waszą filozofię pracy?
Wojciech Krasucki: Znalezienie trenera nie jest trudne. Wymaga poświęcenia czasu, ale jest możliwe. Bardzo mi pomaga fakt, że w strukturach Akademii pracuje 4 zawodników pierwszego zespołu. To dla zawodniczek i zawodników Akademii bardzo ważne. Myślę, że dla nich samych również. Pojawiają się nowe twarze w klubie, regularnie. Kolejne są w planach. Czasem ktoś wybierze inną ścieżkę dla siebie i się żegnamy. Najbardziej cieszy mnie fakt, że rozmowa o pieniądzach w procesie rekrutacji jest ostatnim wątkiem. Trenerzy pytają o środowisko, o potencjał dzieci, o możliwość rozwoju, o staże, o praktykę u boku doświadczonych trenerów, o filozofię właśnie. Warto pamiętać, że w styczniu dwóch trenerów Akademii przeszło do sztabu pierwszego zespołu. To dla mnie osobiście, jak i również dla nich, ogromy sukces i duże wyróżnienie.
Robert: Wielu dyrektorów dużych akademii narzeka na „piłkarski beton” w środowisku. Z czym Ty musisz się najczęściej mierzyć w Słupsku? Czy to mentalność rodziców, podejście lokalnych władz do infrastruktury, czy może opór materii przy wprowadzaniu nowych metod?
Wojciech Krasucki: Sam jestem trochę betonowy, pół wieku na karku, nie może być inaczej, zwłaszcza, że sam aktywnie działam w strukturach związkowych przy kwestiach licencyjnych i młodzieżowych. Radzę sobie z tym całkiem dobrze, bo uważam, że jeśli komuś nie pasuje środowisko, to ma dwa wyjścia: albo się z niego samemu wycofać, albo w nim zostać i próbować je zmieniać od środka. Rozsądkiem. Nowoczesnością. Otwarciem. Myśleniem. Konsekwencją. I ja tak właśnie robię. Nie chcę się wypowiadać o władzach lokalnych, nie jestem reprezentantem klubu, znam swoje miejsce w szyku. I z tego miejsca staram się budować relacje. One są kluczem do wszystkiego. Przede wszystkim do rozmowy. Począwszy od Zarządu. Nie zawsze ta przestrzeń do rozmowy jest, ale nie poddaję się w jej poszukiwaniu. Podobnie z rodzicami – mam ogromny dla nich szacunek, są głównym, pośrednio, beneficjentem szkolenia, które prowadzimy, ale są też głównym źródłem i podstawą do naszego funkcjonowanie – gdyby nie oni, ich dzieci byłyby gdzie indziej, nie tylko piłkarsko, tylko generalnie. Zakładam i wierzę że że nam ufają. Pracą dyrektora czy trenera jest także edukacja rodziców, mamy dużo do zrobienia w tej kwestii i będziemy takie działania podejmować, ale też dużo dzieje się już. Tylko wspólnie możemy zmierzać w jednym kierunku – dla dobra ich dzieci.
Robert: Jak wygląda weryfikacja Waszej pracy? Czy jako dyrektor patrzysz bardziej na wyniki drużyn w ligach wojewódzkich/centralnych, czy masz swoje własne KPI (wskaźniki efektywności) dotyczące rozwoju indywidualnego graczy, które nie zawsze pokrywają się z tabelą?
Wojciech Krasucki: Wynik ma być wypadkową talentu i pracy. Zarówno trenera, jak i drużyny, jak i zawodnika czy zawodniczki. To jest długi, żmudny, trudny proces. Moim założeniem jest podejmowanie rywalizacji na adekwatnym poziomie, aby element nauki i rozwoju mógł się odbywać. System rozgrywek jest tak skonstruowany, że premiuje wynik. Nie ma w tym nic złego – to jest sport, rywalizacja. Kapitalna lekcja na całe życie, jeśli się to rozumie. Więc chcemy wygrywać, ale nie traktujemy tego jako zadania, lecz jako cel w procesie szkolenia. Cieszę się, że cały sztab Akademii to rozumie i akceptuje. Nie zawsze tak jest, więc bardzo to doceniam. Myślę, że mam w tym jakiś swój udział, choć świadomość trenerów Akademii jest na bardzo wysokim poziomie. Jestem świeżo po lekturze półrocznych planów pracy dla zespołów i rocznych planów rozwoju dla trenerów. Jestem zbudowany poziomem merytorycznym i przyjętymi standardami. Idziemy w dobrym kierunku.

Robert: Jaki jest „Święty Graal” Akademii Gryfa Słupsk? Czy jest nim wychowanek debiutujący w Ekstraklasie (nawet w barwach innego klubu), czy może silny pierwszy zespół Gryfa zbudowany w 70% na chłopakach z akademii, który robi awans? Bo to czasem dwa różne cele.
Wojciech Krasucki: Odpowiem nieco dookoła. Mam ogromną przyjemność być słuchaczem kursu dyrektora akademii piłkarskiej PZPN. To studnia bez dna, jeśli chodzi o wiedzę i relacje, które się tam budują. Chłonę każdy wykład i każdą rozmowę, staram się wdrażać pewne rozwiązania zasłyszane od innych. Ale najważniejsze dla mnie zadanie na dzisiaj to nazwanie fundamentów naszej Akademii, przygotowanie strategii rozwoju na lata w oparciu o filozofię, wartości, zasady, misję, wizję, DNA. Jakiś zalążek tej pracy prezentowałem rodzicom i trenerom na styczniowych zebraniach. Wszyscy musimy ją napisać, wspólnie. Więc dziś Świętego Graala nazwać nie umiem, on się gdzieś tam wyłania powoli, choćby przez fakt, że w pierwszym zespole jest dwóch trenerów i pięciu zawodników rocznika 2010 z Akademii. Ale zaryzykuję: niech będzie to wychowanek w Ekstraklasie, ale poprzez sukces pierwszego zespołu składającego się w 70% z chłopaków z Akademii.
Robert: Na koniec – gdybyś miał nieograniczony budżet i złotą różdżkę, jaką jedną rzecz zmieniłbyś w infrastrukturze lub organizacji Gryfa „na wczoraj”, żeby wskoczyć na jeszcze wyższy poziom szkolenia?
Wojciech Krasucki: Złota rybka daje trzy życzenia, a Ty tylko jedno? Pozwolę sobie na trzy. 1. Boiska. Nie koniecznie nowe, choć oczywiście są niezbędne. Ale przygotowanie i udostępnienie tych istniejących. Jest ich w Słupsku kilka. 2. Wspomniana wyżej strategia i filozofia. Wszystko będzie łatwiejsze i przyjemniejsze, jak już ją będziemy mieć. Jasne zasady, konkretne działania, wspólne cele. 3. Jedność. Wiem, ryzykowne, ale będące wypadkową dwóch poprzednich. Słupsk jest za mały, jeśli chcemy mieć reprezentanta Polski i drużynę seniorów liczącą się np. w rywalizacji drugoligowej, żeby funkcjonowało tu siedem klubów plus kilkanaście ościennych. Marzenie ściętej głowy? Cóż, skoro złota rybka może wszystko, to my też możemy. Kto chce, szuka sposobów, kto nie chce, szuka powodów.







